Rano śniadanie zjedliśmy po 9. Brenda i Minjon wpadły na pomysł wypożyczenia rowerów (15 ringit za dzień) i objechania wyspy. Ponieważ dzień zapowiadał się na upalny i słoneczny, Paulina skapitulowała. Postanowiliśmy więc, że my wypożyczymy skuter (20 ringit za dzień – w sumie taniej niż dwa rowery dla nas ;). Brenda i Minjon dzielnie pedałowały, aż nie napotkały pierwszej górki :). My nie mieliśmy większych problemów, żeby ją pokonać. Kawałek dalej była plaża, więc postanowiliśmy tam się zatrzymać i poczekać na nie. Po 30 minutach w końcu się pojawiły (Brenda podobno miała telefon z hotelu więc dlatego im to tak długo zajęło). Minjon wydawała się już mieć dosyć, a to był dopiero początek i wcale nie największa górka na naszej trasie. Dalej pojechaliśmy zwiedzić chińską świątynię i pozostałości po holenderskim forcie. Wczesnym popołudniem zatrzymaliśmy się na lunch, żeby dziewczyny mogły się zregenerować i nabrać sił na największą górkę na trasie. Po paru godzinach odpoczynku ruszyliśmy dalej. Nam było całkiem przyjemnie, ale dziewczyny trochę się namęczyły, żeby wjechać (w sumie to podejść) na szczyt całkiem sporej górki. Do naszego guesthouse wróciliśmy około 17. Brenda i Minjon miały wyraźnie dosyć pedałowania na najbliższe kilka dni. My natomiast byliśmy bardzo zadowoleni z wycieczki. Po oddaniu sprzętu poszliśmy prosto na plażę popływać i zrelaksować się w morzu. Wieczorkiem poszliśmy na obiad. Znaleźliśmy knajpkę na samej plaży. Jedzenie było całkiem smaczne. Podczas konsumpcji podziwialiśmy też przepiękny zachód słońca. Było iście bajkowo. Po obiedzie wróciliśmy do naszego guesthouse i przy winku kontynuowaliśmy pogaduchy do późnych godzin nocnych.